Małżeństwo według Biblii

Dlatego to mężczyzna opuszcza swego ojca i matkę swoją
i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem.
(Rdz 2, 24)

21.03.2014: Artykuł został opublikowany na portalu katolickim deon.pl. 29.07.2014: Tłumaczenie na angielski.

Piszę ten artykuł dla moich przyjaciół i braci w wierze, aby mogli zrozumieć moje spojrzenie na etykę małżeńską. Choć nie jestem teologiem, to jako chrześcijanin mam obowiązek szukać woli Boga poprzez lekturę Słowa Bożego – bo Szczęśliwy mąż, który (…) ma upodobanie w Prawie Pana, nad Jego Prawem rozmyśla dniem i nocą (Ps 1,1-2). W przeciwieństwie do 99% teologów zajmujących się etyką małżeńską na przestrzeni wieków, nie jestem celibatariuszem. Wypowiadam się więc jako praktyk, a nie teoretyk małżeństwa, i piszę o zagadnieniach, które są częścią mojego własnego życia – może nawet najważniejszą częścią – a nie tylko prawno-teologiczną spekulacją, która dotyczy wielu innych osób, ale nie mnie samego.

Liczba rozwodów cywilnych w Polsce to już 25% liczby nowozawartych małżeństw, a w krajach zachodnich nawet ponad 50%. Jedynie Kościół katolicki, i niektóre inne Kościoły chrześcijańskie, próbują stawiać opór mentalności pro-rozwodowej, która szerzy się coraz bardziej w kulturze zachodniej. Sam Kościół nie jest jednak konsekwentny w swoim sprzeciwie wobec rozwodów, dopuszczając tzw. “stwierdzenie nieważności” małżeństwa, które w praktyce zastępuje rozwód, a może być wydane przez sąd biskupi z zupełnie błahych powodów, nawet dla małżeństw z wieloletnim stażem i posiadających wspólne potomstwo. Co roku w Polsce wpływa do sądów biskupich ok. 5 tysięcy wniosków o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Ponad 80% spraw kończy się orzeczeniem nieważności [1]. Sam papież Franciszek stwierdził w wywiadzie [2] z lipca 2013, że połowa małżeństw sakramentalnych może być nieważna w świetle prawa kanonicznego:

Jesteśmy na drodze prowadzącej do bardziej pogłębionego duszpasterstwa małżeństw. To jest problem wszystkich, ponieważ jest [ich] wielu, prawda? Dla przykładu, podam tylko jeden: mój poprzednik [w Buenos Aires – przyp. gosc.pl], kardynał Quarracino, mówił, że według niego połowa małżeństw jest nieważna. [podkr. MW]

Dlaczego tak mówił? Ponieważ pobierają się bez dojrzałości, pobierają się nie dostrzegając, że to jest na całe życie albo biorą ślub dlatego, że z racji społecznych powinni się pobrać. (…) Problem duszpasterstwa małżeństw jest złożony.

Trudno przejść obojętnie wobec tak zatrważającej statystyki, mówiącej przecież o sprawach najistotniejszych: o małżeństwie i rodzinie, które wypełniają zasadniczą część życia każdego z nas. Statystyka ta każe postawić pytania nie tyle o te nieważne małżeństwa, co o prawo, według którego owe małżeństwa były zawierane, bo jeśli aż 50-80% małżonków, mimo dobrej woli, nie jest w stanie wypełnić przepisów prawa i w świetle tegoż prawa żyje w związku pozamałżeńskim, czyli potencjalnie w cudzołóstwie, a na dodatek jest nieświadoma takiego stanu rzeczy, to ten fakt mówi więcej o jakości prawa, niż o tych osobach.

Ja sam od 11 lat jestem w małżeństwie sakramentalnym zawartym w Kościele katolickim, a od 6 lat w separacji, która nastąpiła wbrew mojej woli i bez mojej winy. Idąc za nauczaniem Kościoła, cały okres separacji przeżyłem w uczciwym, choć mimowolnym, celibacie. Kiedy prosiłem Boga o pomoc i uleczenie mojej sytuacji rodzinnej, Bóg zachęcił mnie do tego, abym przyjrzał się bliżej biblijnej – czyli Bożej – koncepcji małżeństwa i skonfrontował ją z wizją katolicką. Z dużym zaskoczeniem odkryłem, że są to dwie zupełnie różne koncepcje.

Punktem wyjścia do poniższej analizy jest przekonanie, że Słowo Boga przekazane nam w Piśmie Świętym jest prawdziwe i żywe, tzn. jest źródłem prawdy moralnej o życiu każdego człowieka (Na początku było Słowo; J 1,1), w każdej epoce, i Bóg wciąż – tak jak 2000 lat temu – chce mówić do chrześcijan i do Kościoła poprzez słowa Pisma Świętego (Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą; Łk 21,33).

Jeśli nie zgadzasz się z poniższą analizą, zapraszam do merytorycznej dyskusji w komentarzach pod artykułem. [08.12.2016] Uwaga: publikowane będą wyłącznie komentarze odnoszące się do treści artykułu. Opisy sytuacji osobistej, prośby o poradę, komentarze pozbawione konkretnego odniesienia do treści – nie będą publikowane.

Małżeństwo, czyli…

marriage

W powszechnym rozumieniu, “małżeństwem” nazywamy związek mężczyzny i kobiety zawarty poprzez ślub: cywilny, kościelny lub – w innych kulturach – zwyczajowy. Ślub taki musi mieć odpowiednią formę, np. liturgiczną, zwykle ze złożeniem przysięgi, inaczej jest nieważny; muszą mu towarzyszyć odpowiednie procedury, jak np. obecność świadków czy wpis w księdze parafialnej lub w księdze stanu cywilnego; od nowożeńców wymagane jest spełnienie dodatkowych warunków, na przykład, posiadanie pełnej świadomości podejmowanych zobowiązań, wewnętrzna zgoda na małżeństwo, ujawnienie współmałżonkowi faktów które mogą rzutować na ich przyszły związek itp. – bez spełnienia tych warunków małżeństwo, choćby zawarte, staje się nieważne i może zostać anulowane lub rozwiązane przez odpowiedni sąd.

A zatem, małżeństwo w potocznym rozumieniu to instytucja, której elementem centralnym jest akt zaślubin, stwarzający nowy związek małżeński jako byt prawny. Instytucja ta jest regulowana odrębnymi przepisami, obwarowana licznymi nakazami i zakazami, i uzależniona od prawodawcy, który posiada głos decydujący w stwierdzaniu, który związek jest małżeństwem, a który nie. Kościół dodaje, że zawarcie małżeństwa (sakramentalnego) daje początek istnieniu węzła małżeńskiego, będącego prawnym zobowiązaniem współmałżonków wobec siebie nawzajem, zobowiązaniem o wieczystym charakterze.

Czy Bóg tak samo rozumie pojęcie “małżeństwa”? Czy On również uważa, że małżeństwo to byt prawny, powstający poprzez zaślubiny, przeprowadzone z zachowaniem odpowiedniej formy i z wypełnieniem wszystkich wymaganych prawem warunków?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Wystarczy zajrzeć do Księgi Rodzaju i sprawdzić, czym było pierwsze małżeństwo: naszych pra-rodziców, Adama i Ewy. Czy ich małżeństwo było aktem prawnym? Czy składali sobie przyrzeczenie? Czy byli rejestrowani w księgach metrykalnych? Czy świadkowie złożyli swoje podpisy na dokumencie?… Ich ślub był cywilny? kościelny? zwyczajowy?…

Otóż, Adam i Ewa nie mieli ślubu: ani kościelnego, ani cywilnego, ani żadnego innego; nie składali sobie przysięgi; nie byli rejestrowani w urzędzie; nie towarzyszyli im świadkowie; nie otrzymali błogosławieństwa prezbitera… a jednak Pismo mówi, że byli dla siebie “mężem” i “żoną” (Rdz 2,25; 3,16), czyli stanowili małżeństwo. Zatem w oczach Boga to nie akt zaślubin – ani żadna inna prawnie regulowana forma zawarcia związku – jest czynnikiem decydującym o zaistnieniu małżeństwa.

Małżeństwo jako relacja

Relacja małżeńska została stworzona przez Boga na samym początku, przy stworzeniu świata i człowieka, jest więc ona integralną częścią planu Bożego wobec człowieka: bo Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam (Rdz 2,18). Księga Rodzaju, opisując to wydarzenie, podaje charakterystykę małżeństwa:

Dlatego to mężczyzna opuszcza swego ojca i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem. (Rdz 2, 24)

Jest to najbardziej dosłowna i jednoznaczna charakterystyka małżeństwa zawarta w Piśmie Świętym, występująca w bardzo szczególnym miejscu, bo w samym opisie stworzenia człowieka. Jezus, mówiąc o małżeństwach, powoływał się właśnie na ten – i żaden inny – fragment Starego Testamentu, dlatego werset ten należy – za Jezusem – traktować jako biblijną definicję. Według tej definicji:

  • Małżeństwo to relacja mężczyzny i kobiety, w której stają się oni “jednym ciałem”. Pod pojęciem “jednego ciała” należy rozumieć nie tylko współżycie seksualne, ale też wspólnotę życia, tworzenie wspólnego organizmu rodzinnego – inaczej biblijna definicja traci sens logiczny, gdyż małżonkowie nie mogą trwać bezustannie we współżyciu seksualnym. Takie rozumienie pojęcia “ciało” jest uprawnione, bo podobnie św. Paweł mówi o wspólnocie Kościoła, że jest “Ciałem Chrystusa” (1Kor 12,27). Również słowa Jezusa o tym, że porzucenie żony jest rozdzielaniem “ciała” (Mt 19,6), wskazują jednoznacznie na to, że “ciało” w rozumieniu Księgi Rodzaju oznacza nie tylko współżycie, ale też wspólnotę rodzinną, w jakiej żyją mąż i żona.

  • Głową ciała małżeńskiego jest (lub powinien być) mąż, bo to on podejmuje inicjatywę połączenia się z kobietą i w tym celu opuszcza ojca i matkę, czyli rezygnuje z ich opieki, żeby stać się opiekunem dla swojej żony (por. 1Kor 11, 3).

  • W zamyśle małżonków ich związek powinien być trwały, bo na to wskazuje fakt opuszczenia ojca i matki. A więc małżeństwa nie tworzy z pewnością “przygodny seks”, współżycie z prostytutką, krótki romans z kochanką itp., bo nie są to z założenia trwałe związki i nikt z ich powodu nie opuściłby ojca i matki.

Termin “ciało” wskazuje na błogosławieństwo, jakie w planie Bożym towarzyszy życiu w małżeństwie. Tak jak w ciele biologicznym poszczególne członki uzupełniają się i wzajemnie wspierają, a pojedynczy członek wyjęty z ciała umiera, tak w ciele małżeńskim małżonkowie wspierają się nawzajem i dzięki małżeństwu żyją pełniej, a “wyjęci” z małżeństwa, np. przez rozwód, w pewnym sensie umierają. Termin “jedno ciało” wskazuje więc na pozytywny aspekt małżeństwa, będącego dla małżonków źródłem i warunkiem życia. (Por. 1Kor 12, 12-28)

Inaczej jest w przypadku pojęcia “węzła małżeńskiego”, stosowanego w katolickiej etyce małżeńskiej jako alternatywne określenie natury małżeństwa, szczególnie w kontekście nierozerwalności (np. KPK 1134). Pojęcie to wskazuje nie na błogosławiony i Boży charakter małżeństwa, ale na przekleństwo mające towarzyszyć małżeństwu: poprzez związanie (“węzeł”), ograniczenie, zniewolenie, podporządkowanie… wynikające ponoć ze wspólnego życia. Współczesna kultura szczególnie chętnie przyjmuje tę właśnie perspektywę patrzenia na małżeństwo: jako na przekleństwo, a nie błogosławieństwo.

Relacja vs. instytucja

Aby zrozumieć w pełni naturę małżeństwa ukazanego w Biblii, trzeba odnotować kilka kolejnych faktów.

  1. Księga Rodzaju – ani w opisie relacji małżeńskiej, ani w żadnym innym miejscu – nie używa terminu “małżeństwo”, choć mówi o tym, że Ewa była “żoną” Adama (Rdz 2,25), a on jej “mężem” (Rdz 3,16). Podobnie w pozostałych księgach biblijnych: Pismo Święte wielokrotnie mówi o “mężach” i “żonach” – przykładowo termin “żona” występuje blisko 600 razy (!) – prawie nigdy jednak nie używa pojęcia “małżeństwo”: w sumie jedynie 10 razy, z czego 6 w Nowym Testamencie (BT V, 1999). Ta ogromna dysproporcja sugeruje, że to nie samo “małżeństwo” jako abstrakcyjny byt prawny jest ważne, ale materialny fakt “bycia mężem” lub “bycia żoną” – w “jednym ciele” – dla drugiej osoby.
  2. Sporadycznie Biblia używa terminów “zaślubiny”, “poślubić”, “być poślubioną”, czy “wesele” (w kontekście zaślubin), nigdy jednak nie opisuje samej ceremonii zaślubin i nie podaje szczegółów, dotyczących np. składanej przysięgi czy warunków formalnych, jakie musieli spełnić nowożeńcy.
  3. Również Prawo Mojżeszowe – nadane przez Boga i regulujące życie społeczności Izraela niemal od samego jej początku, przez cały okres Starego Testamentu – choć zawiera liczne szczegółowe przepisy, odnoszące się także do małżeństw, to – podobnie jak Księga Rodzaju – nie wprowadza żadnej prawno-instytucjonalnej definicji małżeństwa.

Wszystkie powyższe fakty: tak rzadkie użycie terminu “małżeństwo”, pomimo wielokrotnych nawiązań do relacji małżeńskiej; mała waga przywiązywana w Biblii do zaślubin; brak własnej definicji małżeństwa w Prawie Mojżeszowym; oraz – przede wszystkim – charakterystyka z Księgi Rodzaju określająca małżeństwo jako relację bycia “jednym ciałem” – wskazują, że dla Boga istotny jest materialny fakt “bycia jednym ciałem” i przez to “bycia mężem i żoną” dla siebie nawzajem, a nie prawny fakt “bycia w małżeństwie” wynikający z czynności prawnej “zawarcia małżeństwa”. Najpierw mężczyzna i kobieta są dla siebie nawzajem – jako jedno ciało – mężem i żoną, a dopiero potem można o nich powiedzieć, że są małżeństwem. Małżeństwo to relacja między dwojgiem ludzi, istniejąca niezależnie od spełnienia prawnych wymogów. Ślub pełni jedynie rolę społeczną – jako wyraz akceptacji małżeństwa przez środowisko, w którym żyją małżonkowie – a nie konstytutywną.

Jest to odwrotne spojrzenie od tego, które funkcjonuje w naszej kulturze, gdzie najpierw trzeba wziąć ślub, żeby w ten sposób zawrzeć małżeństwo i – dopiero potem, w konsekwencji – być dla siebie nawzajem mężem i żoną. Zarówno katolicka doktryna małżeństwa, jak i laicka kultura i świeckie prawodawstwo, dają pierwszeństwo “małżeństwu” jako samodzielnej instytucji, bytowi prawnemu samemu w sobie, istniejącemu w oderwaniu od faktycznej relacji między danymi osobami, zależnemu niemal wyłącznie od spełnienia wymogów formalnych (ślub, przysięga) i dopełnienia odpowiednich procedur czy zachowania odpowiedniej formy liturgicznej.

Ta różnica ma fundamentalne znaczenie dla etyki i teologii małżeństwa. Relacja może istnieć bez instytucji, podobnie instytucja bez relacji. Mówiąc językiem Biblii, która kładzie nacisk na relację (“mąż” i “żona”), a nie na instytucję (“małżeństwo”):

  • w prawie kanonicznym i cywilnym, mężem i żoną są osoby, które wzięły ze sobą ślub;

  • w Biblii, mężem i żoną są mężczyzna i kobieta, którzy żyją ze sobą jako “jedno ciało” …

… dwie zupełnie różne definicje, dwie zupełnie różne etyki małżeństwa.

Przykładowo, porównując te definicje łatwo zauważyć, że pierwsza z nich – zależna od prawnie definiowanego pojęcia “ślubu”, a nie od faktu duchowego jakim jest “jedno ciało” – pozwala na arbitralne ustalanie kto i pod jakimi warunkami może wziąć ślub, czyli kto może być “małżeństwem”. To otwiera furtkę dla takich zjawisk jak legalizacja tzw. “małżeństw homoseksualnych”. Nawet jeśli to akurat zjawisko dotyczy jedynie prawa cywilnego, a nie kościelnego, to jednak utrzymywanie i propagowanie przez Kościół instytucjonalnego obrazu małżeństwa odbiera Kościołowi możliwość skutecznej walki o prawdziwą wizję małżeństwa: bo jeśli Kościół ma prawo przedefiniować małżeństwo według swojego uznania, to dlaczego cywilny prawodawca nie mógłby tego zrobić, tyle że według jego – ateistycznego – uznania? Jeśli Kościół naucza publicznie, że istotą małżeństwa jest ślub, czyli czynność prawna zależna od urzędników, a nie od Boga (nawet jeśli są to urzędnicy kościelni), to dlaczego cywilny prawodawca – który dysponuje znacznie lepiej rozwiniętym aparatem administracyjnym i większym wpływem społecznym niż Kościół – nie może stworzyć swoich własnych ślubów, udzielanych na własnych warunkach i według własnych zasad? Może, i robi to, a Kościołowi, który sam sprowadził małżeństwo do czynności administracyjnej i oddał je w ręce urzędników i prawników, pozostaje tylko biernie przyglądać się, jak pojęcie małżeństwa jest coraz bardziej zawłaszczane i deformowane przez cywilnego prawodawcę, działającego pod naciskiem mediów i opinii publicznej.

Inne – jeszcze istotniejsze – różnice w zakresie etyki małżeńskiej dotyczą rozwodów i stwierdzeń nieważności. Będę o nich mówił w dalszych rozdziałach.

Instytucjonalizacja małżeństwa

Definiowanie małżeństwa jako instytucji i jego prawne regulowanie licznymi przepisami nie jest w Kościele katolickim rzeczą naturalną. Na początku tak nie było. (Mt 19,8)

Przez większą część swojej historii, aż do Soboru Trydenckiego, Kościół uznawał małżeństwa zwyczajowe: zawarte bądź przez ślub zwyczajowy, bądź przez samo tylko faktyczne pożycie. Innymi słowy, Kościół nie uzależniał uznania małżeństwa od spełnienia jakichkolwiek formalnych wymogów, nawet jeśli pewna oficjalna forma była zalecana. Dopiero Sobór Trydencki, dekretem Tametsi (1563), wprowadził obowiązek zawierania małżeństwa w obecności władzy duchownej, pod rygorem jego nieważności w oczach Kościoła. Ale nawet ten dekret nie został w pełni wprowadzony, bo do jego uprawomocnienia konieczne było ogłoszenie go w danej parafii, co np. na terenie Polski nie wszędzie miało miejsce. Dlatego aż do początku XX wieku, w wielu parafiach można było zawrzeć małżeństwo w sposób dowolny – oficjalny lub nieoficjalny, liturgiczny lub nie – i było ono uznawane przez Kościół. Wprowadzenie pełnej instytucjonalizacji małżeństwa, w całym Kościele, nastąpiło dopiero w 1907 roku, wraz z dekretem Ne temere, który rozszerzył zakres prawny dekretu Tametsi (np. wymóg czynnej a nie tylko biernej obecności kapłana) i który od początku zaczął obowiązywać w całym Kościele [3].

Zatem dopiero od stu lat Kościół w sposób jednoznaczny twierdzi, że małżeństwo między katolikami jest ważne tylko wtedy, gdy zostało zawarte z zachowaniem oficjalnej formy kanonicznej i z dopełnieniem licznych szczegółowych wymogów prawnych. Czy takie stanowisko jest zgodne z duchem Ewangelii? Czy pomaga wspólnocie Kościoła wzrastać w wierze? Nasilający się kryzys małżeństwa i rodziny, którego Kościół nie potrafi w żaden sposób zatrzymać, każe mieć co do tego wątpliwości.

Aby zrozumieć historyczną ewolucję doktryny małżeństwa należy zwrócić uwagę na fakt, że Kościół jako instytucja rodził się na gruzach cesarstwa rzymskiego i rozwój teologii oraz kanonistyki pozostawał tradycyjnie, przez wiele wieków, pod dużym wpływem rzymskiej filozofii prawa. Choć cesarstwo upadło, to duch rzymskiego legalizmu nie umarł, lecz przeszedł na rodzącą się w tym czasie instytucję Kościoła. Widać to szczególnie dobrze na przykładzie doktryny małżeństwa.

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa Kościół nie tworzył własnego prawa dot. małżeństw, lecz akceptował autorytet prawa rzymskiego w tym zakresie. Od VI wieku zaczął stopniowo wprowadzać zakazy zawierania małżeństw w pewnych sytuacjach, np. między krewnymi. Wraz z rozwojem tego prawodawstwa w kolejnych wiekach, a więc też koniecznością rozstrzygania spraw spornych trafiających przed trybunały kościelne, Kościół w X i XI wieku zaczął stawiać sobie pytanie, od czego zależy ważność małżeństwa? – co prowadziło bezpośrednio do pytania o naturę małżeństwa.

Szukając odpowiedzi na to pytanie, Kościół w XI wieku odkrył na nowo klasyczną definicję rzymskiego prawnika Ulpiana [4], że małżeństwa nie tworzy współżycie, ale wzajemna zgoda stron (Nuptias non concubitus, sed consensus facit), czyli że małżeństwo jest bytem prawnym, formą umowy między dwiema osobami, które zgodnie podejmują decyzję o rozpoczęciu wspólnego życia. W wieku XII toczył się w Kościele spór między tym poglądem a konkurencyjną koncepcją, mówiącą, że o zaistnieniu małżeństwa decyduje współżycie płciowe, a nie umowa. W XIII wieku spór ten został rozstrzygnięty na korzyść teorii zgody, między innymi pod wpływem powszechnego w średniowieczu poglądu, jakoby współżycie seksualne było ze swej natury grzeszne – który to pogląd jest sprzeczny z Księgą Rodzaju i został przez Kościół odrzucony w kolejnych wiekach, jednak bez przeprowadzenia powtórnej refleksji nad naturą małżeństwa.

O rzymskich i jurystycznych korzeniach katolickiej doktryny małżeńskiej mówi ks. Piotr-Mieczysław Gajda w “Prawie małżeńskim Kościoła Katolickiego” [5]:

Modestinus, wybitny prawnik rzymski z III w. po Chr. określił małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety, będący zespoleniem na całe życie, powodujący współudział w prawach boskich i ludzkich. Według Instytucji cesarza Justyniana (VI w.) małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety obejmującym niepodzielną wspólnotę życia. Z tych określeń wynika, że małżeństwo u Rzymian było pojmowane jako trwały związek jednego mężczyzny z jedną kobietą, zobowiązujący do pełnej wspólnoty życia i powodujący określone skutki prawne. Przyczyną sprawczą małżeństwa była zgoda małżeńska. Takie określenie małżeństwa upowszechniło się w średniowiecznej nauce prawa kanonicznego. [podkr. MW]

W ten sposób świecka teoria prawnicza – pochodząca nie od Jezusa, lecz od “wybitnych prawników rzymskich” – przeszła do Kościoła. W kolejnych wiekach wymusiła ona stopniową, coraz głębszą, instytucjonalizację małżeństwa, bo jeśli ustanowienie małżeństwa zostaje sprowadzone do czynności prawnej (wyrażenie zgody), to pojawia się naturalna potrzeba uregulowania zasad: jak, kiedy, kto, pod jakimi warunkami … może takiej czynności dokonać; kiedy jest ona ważna, a kiedy nie; itd. itp. Powstanie licznych szczegółowych przepisów, a także sądów i trybunałów do rozstrzygania spraw spornych, było tylko kwestią czasu.

I tak na przykład, kiedy Biblia mówi po prostu o “mężu” i “żonie” lub sporadycznie o “małżeństwie” (bez przymiotników), to Kościół rozróżnia znacznie więcej rodzajów “małżeństw”, na przykład: “ważne”, “nieważne”, “uważnione”, “prawdziwe”, “rzeczywiste”, “domniemane”, “godziwe”, “niegodziwe”, “usiłowane”, “prawne”, “sakramentalne”, “zawarte”, “tylko zawarte”, “dopełnione”, “niedopełnione”, “skonsumowane”, “publiczne”, “tajne”, “ślubne”, “nieślubne”, “cywilne”, “religijne”, “kościelne”, “kanoniczne”, “mieszane”, itd. [6] Jak widać, sprawy proste u Boga, w doktrynie Kościoła nieco się skomplikowały.

Nie lepiej jest w kwestii rozstrzygania o istnieniu małżeństwa. W Biblii decyduje o tym prosty fakt bycia “jednym ciałem”, opisany w krótkim fragmencie Księgi Rodzaju – i to Bogu wystarcza. W Kodeksie Prawa Kanonicznego natomiast, doktryna małżeństwa jest rozpisana na 10 rozdziałów i 111 kanonów, wymieniających liczne “warunki”, “przeszkody”, “wady”, “przyczyny”, “skutki”, “czynności”, “prawa”, “obowiązki”, “dokumenty”, “zezwolenia” itd., rozstrzygające o ważności małżeństwa w oczach Kościoła.

Teoria “zgody stron” pozostaje do dziś podstawą katolickiej doktryny i w obszarze całej dyscypliny prawa małżeńskiego stanowi jej fundament [7] (ks. Marcin Królik), bo jak mówi Kodeks Prawa Kanonicznego w pierwszych kanonach prawa małżeńskiego: Małżeństwo stwarza zgoda stron (KPK 1057 §1) – jest to więc dosłowne przeniesienie teorii Ulpiana. Nadto, zgoda ta musi być wyrażona zgodnie z prawem (1057 §1). Z kolei w kanonie 1055 pada wprost określenie umowy małżeńskiej … W Biblii takich słów nie znajdziemy. Katolicka koncepcja małżeństwa nie wypływa więc z nauczania Pisma Świętego, ale swoimi korzeniami sięga świeckiej teorii prawa, wywodzącej się z pogańskiej kultury imperium rzymskiego.

O pokładaniu ufności w Prawie św. Paweł – sam obywatel Rzymu i znawca prawa – pisał w następujący, dosadny, sposób:

O, nierozumni Galaci! (…) czy Ducha otrzymaliście dzięki uczynkom wymaganym przez Prawo, czy z powodu posłuszeństwa wierze? Czyż jesteście aż tak nierozumni, że zacząwszy duchem, chcecie teraz kończyć ciałem? (…) Czy Ten, który udziela wam Ducha i działa cuda wśród was, [czyni to] dzięki uczynkom wymaganym przez Prawo, czy też z powodu posłuszeństwa wierze? (…) ci, którzy żyją dzięki wierze, mają uczestnictwo w błogosławieństwie wraz z Abrahamem (…). Natomiast na tych wszystkich, którzy polegają na uczynkach wymaganych przez Prawo, ciąży przekleństwo. (Gal 3, 1-10)

Wola Boga. Wola człowieka

Teoria “zgody stron” jest nie tylko niebiblijna, ale wprost sprzeczna ze słowami Pisma Świętego. Jezus mówi w Ewangelii bardzo wyraźnie i jednoznacznie, że to Bóg, nie człowiek, łączy małżeństwa: A tak już nie są dwojgiem, lecz jednym ciałem. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela. (Mt 19, 6). Zatem to wola Boga – a nie człowieka – odgrywa decydującą rolę w procesie powstawania każdego małżeństwa. Nie “zgoda stron”; nie “umowa” ani przysięga między nowożeńcami; nie błogosławieństwo prezbitera; nie forma liturgiczna; nie wpis w księdze parafialnej – ale wola Boga stwarza małżeństwo. Wola Boga skutkująca “złączeniem” małżonków w “jedno ciało”, a nie zawiązaniem abstrakcyjnego bytu prawnego w rodzaju “węzła małżeńskiego” (który to termin, notabene, nie występuje nigdzie w Piśmie Świętym, ani tym bardziej w wypowiedziach Jezusa).

W jaki konkretnie sposób wola Boga może się realizować? Choćby przez fakt zakochania, który jest czynnikiem niezależnym od woli człowieka, a więc w największym stopniu zależnym autonomicznie od woli Boga – bo nikt nie może samodzielnie zdecydować o tym, że teraz się zakocha w tej czy innej osobie. Lub przez zewnętrzny wpływ innych ludzi, np. krewnych doradzających wzięcie ślubu. Czy przez niespodziewane wydarzenia, takie jak zajście w ciążę… Wola Boga może się realizować przez wszystkie te niezliczone czynniki, które mają wpływ na podjęcie decyzji o wspólnym życiu, a nad którymi potencjalni małżonkowie nie posiadają pełnej kontroli.

Wyłączenie woli Boga z procesu powstawania małżeństwa skutkuje przerzuceniem pełnej odpowiedzialności za ten proces na samych małżonków. Teraz to oni muszą być w 100% pewni, że chcą zawrzeć małżeństwo – ze szlachetnych pobudek, bez skażenia jakimkolwiek zewnętrznym naciskiem czy wpływem; muszą być w 100% świadomi, jakie obowiązki będą ciążyć na nich jako na współmałżonkach; muszą w 100% zgadzać się wewnętrznie na podjęcie tych obowiązków; muszą też być w 100% zdolni psychicznie do ich podjęcia… Jeżeli którekolwiek z nowożeńców uchybi któremukolwiek z tych warunków – a statystyki stwierdzeń nieważności w sądach kościelnych wskazują, że mało kto potrafi te wymagania spełnić – małżeństwo staje się kanonicznie nieważne i w świetle katolickiej etyki małżeńskiej osoby te nie mają prawa żyć ze sobą, bo byłoby to cudzołóstwo, powinni się zatem rozejść.

Jednocześnie, w świetle Biblii, te same osoby “już nie są dwojgiem, lecz jednym ciałem” (Mt 19, 6), a więc w oczach Boga pełnoprawnym małżeństwem, którego “człowiek niech nie rozdziela” – czyli właśnie ich rozejście się, do którego namawia Kodeks Prawa Kanonicznego, byłoby grzechem cudzołóstwa! (Mt 19, 9; “Kto oddala żonę (…) popełnia cudzołóstwo”). Widać tu ewidentną niespójność katolickiej etyki małżeńskiej z Ewangelią i nauczaniem Jezusa. Niespójność, która prowadzi do rozbijania małżeństw i tragedii wielu rodzin.

Cudzołóstwo jest grzechem. Nie bez powodu jest ono wymienione w Dekalogu między zabójstwem i kradzieżą, gdyż w swojej naturze i skutkach jest podobne do obydwu tych grzechów: do kradzieży, bo odbiera drugiej osobie współmałżonka; i do zabójstwa, bo niszczy “jedno ciało” małżeńskie. Słusznie więc Kościół ostrzega przed cudzołóstwem, tyle że czasami błędnie definiuje samo to pojęcie, w konsekwencji nierzadko nakłaniając do cudzołóstwa zamiast przed nim chronić.

Rozwody

divorce

Sprawą wzbudzającą najwięcej społecznych kontrowersji są rozwody. Kościół – inspirowany słowami Jezusa o zakazie dzielenia “jednego ciała” lub porzucania żony/męża – stawia wysokie wymagania co do nierozerwalności małżeństwa, nauczając nie tylko tego, że człowiek nie ma prawa rozbijać małżeństwa, ale wręcz, że nie ma takiej fizycznej możliwości, bo prawo kanoniczne tego nie przewiduje, czyli małżeństwo sakramentalne jako byt prawny (“węzeł”) jest nierozerwalne. Przyjmowanie tak restrykcyjnej interpretacji słów Jezusa jest z kilku powodów nieuzasadnione.

Po pierwsze, z samej logicznej konstrukcji wypowiedzi Jezusa wynika, że małżeństwo, owszem, można rozbić. Wprawdzie doprowadzenie do rozwodu jest grzechem, ale możliwym do popełnienia, i nie ma żadnych fizycznych przeszkód, które by to uniemożliwiały. Bo jeżeli Jezus mówi: “niech człowiek nie rozdziela” – to znaczy, że człowiek jeśli chce, może rozdzielić! Rozdzielić, czyli doprowadzić do sytuacji, w której “jedno ciało”, a więc małżeństwo, przestaje istnieć. Jezus nie mówiłby o czymś, czego w ogóle nie da się zrobić. Zatem gdy Kościół mówi, że rozwody nie istnieją, Jezus mówi, że owszem istnieją i są grzechem.

Co więcej, Jezus sam mówi, że po rozwodzie jest możliwe wejście w nową relację małżeńską. W pewnych sytuacjach jest to grzech, niemniej jednak nowa relacja jest w kategoriach biblijnych pełnoprawnym małżeństwem. Jezus mówi na przykład: kto by oddaloną wziął za żonę (Mt 5, 32; podobnie w Mt 19, 9), co oznacza, że kobieta po rozwodzie może być żoną w nowym związku! Lub w innym miejscu: Kto oddala swoją żonę, a bierze inną [żonę] (…) I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego [męża] (Mk 10, 12) – co wskazuje jednoznacznie na to, że w nowej relacji można być mężem lub żoną, czyli tworzyć małżeństwo, i to niezależnie od tego kto doprowadził do rozwodu. Kwestia zaistnienia małżeństwa jest więc oddzielna od kwestii związanego z tym w pewnych sytuacjach grzechu.

Po drugie, jak zostało to przedstawione w poprzednim rozdziale, Kościół de facto nie uznaje sprawczej roli Boga w tworzeniu małżeństwa – przynajmniej na płaszczyźnie regulacji prawnych i orzecznictwa, które są najistotniejsze, bo nawet jeśli w sferze retoryki (homilie, katechezy itp.) Kościół mówi dużo o roli Boga, to w praktyce, w przypadkach konkretnych małżeństw i konkretnych decyzji wpływających na życie osób (sądowe orzeczenia nieważności, małżeństwa niesakramentalne itd.), już tej roli nie dostrzega. Tak więc, z zacytowanej wcześniej wypowiedzi Jezusa (Mt 19, 6), Kościół przyjmuje tylko wniosek (“niech człowiek nie rodziela”), ale odrzuca przesłankę (“Bóg złączył”), z której ten wniosek wypływał. Jest to logicznie niespójne. Jeśli odrzucamy przesłankę, to dlaczego przyjmujemy wniosek? Nie ma żadnej innej, oprócz roli Boga – ani teologicznej, ani prawnej – podstawy do tego, aby wprowadzać zakaz rozwodów. Jedynie fakt, że to “Bóg złączył” małżonków, stanowi argument za tym, że małżeństwa nie wolno rozdzielić.

Wprowadzając tego rodzaju logiczną niespójność, Kościół staje w prawno-teologicznym rozkroku, jedną nogą opierając się na tradycji ludzkiej (to zgoda stron, a nie Bóg, stwarza małżeństwo), a drugą na biblijnej (zakaz rozwodów). W ten sposób sam otwiera szerokie pole do kwestionowania jego etyki małżeńskiej i do ataków ze strony opinii publicznej, która dostrzega to, że przy zawieraniu małżeństwa najważniejszą rolę do odegrania ma wcale nie Bóg, tylko instytucja Kościoła, rezerwująca sobie wyłączne prawo do rozstrzygania, który związek jest małżeństwem, a który nie; i nakładająca liczne obowiązki formalne na nowożeńców (katechezy przedślubne, zapowiedzi, świadectwo bierzmowania, wpis do księgi parafialnej, forma liturgiczna ślubu itd.). Zatem, w odbiorze społecznym to nie Bóg tworzy małżeństwo, tylko Kościół swoimi procedurami, dlaczego więc Kościół nie mógłby zliberalizować zakazu rozwodów? Jeśli ma taką władzę, aby dowolnie ustalać i zmieniać warunki zawarcia małżeństwa, to dlaczego nie mógłby dowolnie ustalić również warunków rozwodu? Jest to nielogiczne.

W wyniku tej niekonsekwencji doktrynalnej, Kościół jest postrzegany jak faryzeusze w czasach Jezusa, którzy usuwali prawo Boże (tak jak Kościół usunął z doktryny małżeństwa wolę Boga i Bożą zasadę “jednego ciała”), a zmuszali do przestrzegania tradycji ludzkich (111 kanonów prawa małżeńskiego, których korzenie sięgają tradycji rzymskich); i którzy nakładali ciężary na innych (zakaz rozwodów i ponownych związków, nieuzasadniony jeśli to tylko “zgoda stron” stwarza małżeństwo), a sami ich nie dźwigali – bo Kościół instytucjonalny żyje za murami celibatu, poza zasięgiem prawa małżeńskiego, więc nie doświadcza na własnej skórze problemów, którymi żyje pozostałe 99% społeczeństwa – a większość z tych problemów ociera się o etykę małżeńską i seksualną.

Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: Nauczycielu, słowami tymi także nam ubliżasz. On odparł: I wam, uczonym w Prawie, biada! Bo nakładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami nawet jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie. (Łk 11, 45-46)

Rzecz jasna, typowym oczekiwaniem opinii publicznej jest odrzucenie wszelkich zasad moralnych i milcząca akceptacja cudzołóstwa, a potem również seksualnych dewiacji. Niespójność etyki małżeńskiej Kościoła stwarza możliwość, aby takie postulaty były formułowane w sposób otwarty i agresywny, za społecznym przyzwoleniem.

Stwierdzenia nieważności

Ulegając presji społecznej i próbując rozwiązać kwadraturę koła, jaką stanowi w doktrynie małżeństwa wyłączanie woli Boga przy jednoczesnym zatrzymywaniu zakazu rozwodów, Kościół poszedł po linii Prawa i rozszerzył instytucję rozwodu kościelnego ukrytego pod nazwą “stwierdzenia nieważności małżeństwa”.

Obecna epidemia stwierdzeń nieważności została zapoczątkowana w 1983 roku, wraz ze zmianą Kodeksu Prawa Kanonicznego i wprowadzeniem w kanonie 1095 kryterium psychologicznego jako warunku ważności małżeństwa: Niezdolni do zawarcia małżeństwa są ci, którzy z przyczyn natury psychicznej nie są zdolni podjąć istotnych obowiązków małżeńskich (KPK 1095 § 3). Ani w tym kanonie, ani w żadnym innym, KPK nie wyjaśnia, na czym polegają “istotne obowiązki małżeńskie”, lub o jakie konkretnie “przyczyny natury psychicznej” chodzi [8]. Interpretacja została więc oddana całkowicie w ręce składów orzekających oraz biegłych psychologów i psychiatrów, którzy pod naciskiem adwokatów stron lub pod wpływem własnego pro-rozwodowego światopoglądu, mogą traktować ten przepis jako furtkę do unieważnienia praktycznie każdego małżeństwa – unieważnienia, które w rzeczywistości jest prawnym odpowiednikiem eutanazji, bo nie leczy problemu, tylko go zabija: nie pomaga wyjaśnić nieporozumień i załagodzić konfliktów między małżonkami, ale rozbija ich małżeństwo (w sensie biblijnym), rozdziela “jedno ciało”, i twierdzi, że w ten sposób problem zniknął. Nie tylko, że problem nie zniknął, ale pojawił się kolejny: problem rozbitej rodziny, porzuconych dzieci, samotnego współmałżonka itd.

Statystyki pokazują, że praktyka masowego unieważniania małżeństw rzeczywiście ma miejsce: liczba orzeczeń nieważności kształtuje się na bardzo wysokim poziomie ponad 80% rozpatrywanych spraw. Na przykład, w 2007 roku, na 2171 spraw zakończonych wyrokiem orzekającym, w 1913 przypadkach (88%) zarówno sąd I jak i II instancji orzekł nieważność małżeństwa [9]. Podstawą prawną wykorzystywaną najczęściej jest przepis KPK 1095 §3.

Warto w tym miejscu podkreślić, że podobnie jak pojęcie “węzła małżeńskiego”, również koncepcja małżeństwa “nieważnego” w ogóle w Biblii nie występuje. W Piśmie Świętym małżeństwo po prostu jest albo go nie ma: istnienie małżeństwa jest oczywistym i bezspornym faktem, który nie podlega “unieważnieniu” ani “stwierdzeniu nieważności”.

Nieważność czy rozwód?

Kościół zdecydowanie odcina się od nazywania stwierdzeń nieważności rozwodami, jednak ich natura jest w pełni zbieżna z naturą rozwodów, i – chcąc być w zgodzie z nakazem Jezusa, aby wasza mowa była: Tak tak; nie nie (Mt 5,37) – należy o nich mówić właśnie jako o rozwodach.

Bo, na przykład, czy krzywda dzieci pozbawionych ojca jest mniejsza, gdy ich mama dostanie z sądu orzeczenie, że małżeństwa nigdy nie było i w sensie kanonicznym sytuacja jest prawidłowa? Czy łatwiej jej będzie przez to zapewnić dzieciom utrzymanie? Czy dla dzieci wyrok sądu będzie pociechą w tęsknocie za tatą? Wątpliwe.

A czy krzywda zdradzonego małżonka jest mniejsza, gdy najpierw przed sądem zostanie mu “udowodnione” – nierzadko na podstawie fałszywych zeznań świadków – że nigdy nie nadawał się do roli męża, a potem otrzyma zaświadczenie, że wobec tego małżeństwa nigdy nie było, więc zdrady też nie? Czy w porządku jest to, że został oszukany nie raz, ale dwa: bo najpierw przez niewierną żonę, która go porzuciła, a potem przez Kościół, od którego spodziewał się pomocy, a dostał drugi raz w policzek? Może dla spokoju własnego sumienia Kościoła, który w ten sposób “umywa ręce” i mówi: wasze kłopoty małżeńskie to nie nasz problem – rzeczywiście jest to w porządku, ale dla dobra milionów katolickich rodzin to wcale nie jest w porządku i z pewnością nie tak Chrystus rozumiał zakaz rozwodów.

Każdy związek, który stał się “jednym ciałem”, jest w oczach Boga pełnoprawnym małżeństwem – bez względu na to, czy jest to małżeństwo sakramentalne czy niesakramentalne, kanonicznie ważne czy nie. Jeżeli Kościół, w oparciu o swoje własne ludzkie przepisy, orzeka coś przeciwnego, to znosi przykazanie Jezusa, aby nie rozdzielać “jednego ciała”; dopomaga w rozbijaniu rodzin; tworzy klimat przyzwolenia na rozwody i daje gwarancję bezkarności dla tych, którzy w sposób cyniczny zdradzają współmałżonka, bo wiedzą, że prawo kanoniczne stoi po ich stronie. Orzeczenie nieważności małżeństwa daje przepustkę do rozłączenia tego, co złączył Bóg, a jednocześnie wystawia certyfikat moralności temu, kto do rozłączenia doprowadził. Trudno o większy poziom hipokryzji.

O bliźniaczo podobnej sytuacji, tyle że w relacji dziecko-rodzice, mówi Jezus w Ewangelii, bezkompromisowo piętnując grzech przywódców religijnych, przywiązanych do “tradycji starszych” bardziej niż do Słowa Bożego i zezwalających de facto na porzucanie rodziców:

Wtedy przyszli do Jezusa faryzeusze i uczeni w Piśmie z Jerozolimy z zapytaniem: Dlaczego Twoi uczniowie postępują wbrew tradycji starszych? (…) On im odpowiedział: Dlaczego i wy przekraczacie przykazanie Boże z powodu waszej tradycji? Bóg przecież powiedział: “Czcij ojca i matkę” oraz: “Kto złorzeczy ojcu lub matce, niech śmierć poniesie”. Wy zaś mówicie: “Kto by oświadczył ojcu lub matce: Darem [złożonym w ofierze] jest to, co miało być ode mnie wsparciem dla ciebie, ten nie potrzebuje czcić swego ojca ani matki”. I tak ze względu na waszą tradycję znieśliście przykazanie Boże. Obłudnicy, dobrze powiedział o was prorok Izajasz: “Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi”. (Mt 15, 1-9)

Dzisiaj Kościół mówi podobnie o małżeństwach, na podstawie tradycji i zasad podanych przez ludzi zezwalając na porzucenie współmałżonka, i twierdząc, że jeśli tylko małżeństwo zostało uznane za kanonicznie nieważne, to współmałżonek już nie musi – a nawet nie powinien! – być wierny swojej żonie czy mężowi.

Istnieje ogromna dysproporcja między zakresem władzy, jaką Kościół przyznał sobie w odniesieniu do małżeństw, a zakresem pomocy, jakiej jest w stanie udzielić w przypadku problemów małżeńskich. Z jednej strony, Kościół zastrzega sobie pełny monopol na małżeństwo, bo za prawomocne uznaje jedynie małżeństwa sakramentalne, pozostające pod jego całkowitą jurysdykcją. Z drugiej strony, kiedy jedno z małżonków zostaje zdradzone przez drugiego, Kościół jest bezradny i jedyne co może zaoferować małżonkowi szukającemu pomocy, to “eutanazję” ich małżeństwa poprzez stwierdzenie jego nieważności.

Praktyka orzecznictwa

Aby dobrze zrozumieć praktyczne implikacje przepisów małżeńskich Kodeksu Prawa Kanonicznego, warto przyjrzeć się konkretnym przypadkom, w których sądy biskupie uznają małżeństwo sakramentalne za niebyłe. Wszystkie podane niżej przykłady pochodzą z literatury przedmiotu, są opisywane przez prawników kanonistów specjalizujących się w prawie małżeńskim i bazują na faktycznych orzeczeniach sądów.

Ciąża

Jeśli kobieta zajdzie w ciążę przed ślubem i ten fakt będzie miał istotny wpływ na jej decyzję o ślubie, to taka okoliczność może być traktowana jako symulacja zgody (zgodziła się werbalnie, lecz bez wewnętrznej akceptacji; KPK 1101 §2) lub jako zewnętrzny przymus (przymus moralny, np. poprzez nacisk rodziny; lub ciężka bojaźń z zewnątrz; KPK 1103), ograniczający wolną wolę kobiety (brak autonomii w decyzjach), a przez to czyniący jej akt zgody małżeńskiej – i samo małżeństwo – kanonicznie nieważnym (wada zgody). Zważywszy na to, że ciąża przed ślubem jest prawie zawsze czynnikiem, który wpływa w zasadniczy sposób na decyzję o ślubie, to praktycznie każde małżeństwo zawarte w takich okolicznościach może być zakwestionowane, czyli w świetle prawa kanonicznego i praktyki sądów biskupich takie małżeństwo jest – już teraz! – nieważne [10].

Co więcej, logiczną konsekwencją takiego stanu prawnego jest rekomendowanie kobietom w ciąży, aby nie zawierały małżeństwa, z obawy przed kanoniczną nieważnością. Jest to całkowicie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, który podpowiada, że jeśli młodzi nie pobrali się przed rozpoczęciem współżycia i poczęciem dziecka, to powinni to zrobić jak najszybciej, przynajmniej przed porodem. Jest to też sprzeczne z dobrem kobiety i jej dziecka, bo ryzykuje ona, że odwlekając ślub może już wcale nie wyjść za mąż.

Należy dodać, że ten sam argument, który stosuje się wobec kobiety w ciąży, można odnieść do kobiety z małym – np. kilkuletnim – dzieckiem, i podobnie argumentować, że jeśli wyszła za mąż, to zapewne głównym motywem był przymus związany z potrzebą znalezienia ojca (ojczyma) dla dziecka, a nie szczera chęć życia z danym mężczyzną. A zatem, w świetle prawa kanonicznego, kobieta w ciąży nie tylko, że nie powinna brać ślubu teraz, ale nie powinna go brać również w przyszłości, przez kolejne lata, bo każde małżeństwo zawarte w tym czasie może być kwestionowane. Innymi słowy, idąc ściśle za literą prawa kościelnego, od momentu zajścia w ciążę kobieta jest praktycznie skazana na samotność, bo nawet jeśli weźmie ślub, to najprawdopodobniej będzie on kanonicznie nieważny.

Oczywiście, ciąża nie jest jedynym przypadkiem kwalifikowanym jako “przymus”, “bojaźń” lub “symulacja zgody”. Każde małżeństwo sakramentalne, do którego zawarcia istotnym czynnikiem było, na przykład: uleganie modzie, zwyczajom, oczekiwaniom rodziców, namowom przyjaciółki, namowom przyszłego męża / żony itp. itd. – jest kanonicznie nieważne. Takie małżeństwo, jako sakramentalne, po prostu nie istnieje. O takich między innymi przypadkach mówił papież w cytowanej na wstępie wypowiedzi.

Niezdolność psychiczna

Przepisem najczęściej wykorzystywanym do zakwestionowania ważności małżeństwa [11] jest przywołany wcześniej kanon 1095 § 3. Stanowi on, iż małżeństwo jest nieważne, gdy jedno z małżonków jest “z przyczyn natury psychicznej” niezdolne podjąć “istotnych obowiązków małżeńskich”. Brak szczegółowych definicji pojęć użytych w tym przepisie sprawia, że można je interpretować dowolnie szeroko, więc jest to worek, do którego można wrzucić praktycznie każde małżeństwo.

Tak na przykład, o nieważności małżeństwa może przesądzać wszelkiego rodzaju “niedojrzałość”, objawiająca się poprzez cechy takie, jak:

  • brak pogłębiania relacji uczuciowych, brak chęci w wypełnianiu wspólnych obowiązków, niemożność lub niezdolność emocjonalna w zbudowaniu autentycznej wspólnoty życia małżeńskiego… egoizm, szukanie siebie, tendencje do panowania i rządzenia… Ponieważ… małżeństwo wymaga zdolności do oddania się drugiej osobie, do przezwyciężania własnego egoizmu i do dostrzegania własnych niedostatków; do wyjścia poza swój własny świat… oddanie się bez reszty i ofiarne współdziałanie dla wzajemnego dobra. Tego wszystkiego małżonkowie mają prawo wzajemnie oczekiwać od siebie. [12] (Rafał Kornat, adwokat kościelny)

  • subiektywizacja wartości, brak wrażliwości na wartości moralne, egoizm i egocentryzm w relacjach z innymi osobami, zmienność emocjonalna, brak odporności na stres, ciągły niepokój, prymitywne albo wyrachowane podejście do sfery moralnej, kłótliwość, brak społecznej odpowiedzialności, błędna hierarchia potrzeb, infantylny egocentryzm; młody wiek [13] (ks. Krzysztof Pokorski, kanonista)

  • zaburzenia nastroju, jak np. depresja, dystymia, cyklotymia, maniactwo, niepokój, lęk itp. (przejawy niedojrzałości afektywnej) [14]… egocentryzm, stan nerwicy typu narcystyczno-ekshibicjonistycznego, nawet jeśli ten stan nie jest poważny [15] (ks. infułat prof. dr hab. Wojciech Góralski, kierownik I  Katedry Kościelnego Prawa Małżeńskiego i Rodzinnego UKSW)

  • niezdolność podporządkowania uczuć i popędów rozumowi i woli albo przezwyciężenia – wskutek niepokoju – wewnętrznych konfliktów; nieodpowiedzialność w przyjmowaniu i wypełnianiu istotnych obowiązków małżeńskich [16],

  • i wiele innych… tę listę można ciągnąć w nieskończoność.

Ale niezdolność psychiczna to nie tylko niedojrzałość. Pojęcie niezdolności jest znacznie szersze i mieszczą się w nim też takie zaburzenia, jak:

  • Osobowość obsesyjno-kompulsywna. Te osoby… są cennymi pracownikami, często osiągają na tym polu niemałe sukcesy, są jednakże aż nadto sumienne, dążące do doskonałości, wymagają perfekcji, tak od siebie, jak i innych, nadają się do prac, w których wymaga się dokładności, dążą do czystości, są nadmiernie pedantyczne i skrupulatne, pracowite… Ten typ osoby… będzie świetnym pracownikiem, ale już nie małżonkiem czy rodzicem. On nie będzie w stanie podjąć takich obowiązków, jak dobro małżeństwa czy potomstwa. W praktyce będzie wyglądało to tak, iż od członków rodziny będzie wymagał tyle samo co od siebie, czyli w nadmiarze. On sam nie będzie też w stanie funkcjonować perfekcyjnie, a zatem tak jak tego chce, i w życiu zawodowym, i rodzinnym, to doprowadzi do jeszcze większej frustracji, co będzie miało przełożenie na rodzinne relacje… kładąc nacisk na zadania, produktywność, pomijają sferę emocjonalną, ona staje się zracjonalizowana. Paradoksalnie więc widać, iż nawet to, co pozytywne, może przybrać inny charakter, stąd trzeba pamiętać ciągle o tzw. złotym środku. [17] (dr Aletta Bolesta, adwokat kościelny)

  • Pracoholizm… brak czasu dla najbliższych, oderwanie od problemów życia codziennego… skupienie na pracy nie pozwala na wzajemną pomoc małżeńską, wzajemne wzrastanie i doskonalenie się oraz na wspólne rozwiązywanie spraw życiowych. [18] (ks. dr Krzysztof Mierzejewski, sędzia w Gdańskim Trybunale Metropolitalnym)

  • Anoreksja: implikuje niezdolność lub niechęć do posiadania dzieci. Osoby takie postrzegają siebie jako te, które winny ciągle mniej ważyć. Ciąża, związane z nią w prosty sposób przytycie, będzie utrudniało nie tyle zajście w ciążę z punktu widzenia medycznego, co przy początkowym stadium tej choroby, a zatem kiedy fizycznie kobieta jest w stanie zajść w ciążę, będzie powodowało jej unikanie. [19] (dr Aletta Bolesta, adwokat kościelny)

  • Epilepsja, schizofrenia, nerwica, stwardnienie rozsiane, awersja do zrodzenia dziecka, nimfomania, satyryzm, narcyzm, Alzheimer, Parkinson, socjopatia. [20] (Michał Poczmański, prawnik kanonista)

Również niepełnosprawność lub ułomność fizyczna może decydować o niezdolności psychicznej do małżeństwa… skrzywienie kręgosłupa, zwichnięcie stawu biodrowego, wady serca, warga zajęcza, ślepota lub niedowidzenie, głuchota lub niedosłyszenie, ale także widoczne niedoskonałości urody niezwiązane z chorobą (wrodzone albo nabyte w wyniku wypadku, oparzeń) oraz nabyte kalectwo (np. po amputacji kończyn)… Tego typu ułomności fizyczne mogą prowadzić do… zakłócenia relacji między jednostką a otoczeniem – tzw. homilopatii – a wtedy uwydatnia się negatywnie rozumiany indywidualizm, który uniemożliwia zachowania oparte na empatii, altruizmie i dialogu, co uniemożliwia realizację istotnego obowiązku, głównie w odniesieniu do dobra współmałżonka. [21] (ks. dr Edward Sitnik, KUL)

Rzecz jasna, wymienione powyżej zaburzenia i niezdolności są podane jedynie w charakterze przykładów, a pełna lista byłaby o wiele dłuższa, jeśli w ogóle dałoby się ją skompletować.

Warto zauważyć, że wiele spośród wymienionych zaburzeń, tak fizycznych jak i psychicznych, ma charakter trwały lub nieuleczalny, a więc osoba z takim zaburzeniem nie będzie mogła zawrzeć ważnego kanonicznie małżeństwa do końca życia. Oczywiście, może jej się udać wziąć ślub kościelny, ale w świetle prawa ten związek i tak będzie nieważny, więc w przypadku jakichkolwiek nieporozumień małżeńskich sprawa może trafić do sądu, gdzie zostanie stwierdzona nieważność małżeństwa od samego początku i współmałżonek będzie mógł legalnie, za przyzwoleniem Kościoła, tę osobę porzucić. W ten sposób małżeństwo sakramentalne okazuje się być zarezerwowane wyłącznie dla wąskiej grupy katolików “doskonałych” (w sensie psychicznym i fizycznym), a wszyscy “ułomni” są z małżeństwa wykluczeni. Skojarzenia z haniebnymi praktykami eugeniki nasuwają się same.

Co więcej, przyglądając się powyższym przykładom można zauważyć, że wiele z wymienionych cech jest bardzo powszechnych i prozaicznych, jak choćby egocentryzm, nerwica, pracoholizm, perfekcjonizm, depresja, zmienność emocjonalna, lęki itd. Każda z tych cech może dać podstawę do unieważnienia małżeństwa. Nasuwa się więc naturalne pytanie, czy w ogóle ktokolwiek – w myśl kanonu 1095 – jest zdolny do małżeństwa? Można mieć co do tego poważne wątpliwości, a statystyki sądów biskupich, mówiące o ponad 80% spraw kończących się stwierdzeniem nieważności, pokazują, że te wątpliwości są w pełni uzasadnione. Dlatego, zamiast mówić o małżeństwach sakramentalnych “ważnych” i “nieważnych”, należałoby raczej mówić o małżeństwach:

  • nieważnych, których sąd jeszcze nie przebadał;

  • nieważnych, które sąd badał i orzekł o ich nieważności; oraz…

  • nieważnych, które jedynie przez brak materialnych dowodów lub niekompetencję adwokata uzyskały orzeczenie o ważności.

Prawdopodobnie nie ma takiego małżeństwa, na które nie znalazłby się odpowiedni paragraf w KPK. A gdyby się jednak trafili, taki super-mąż i super-żona, którzy bez cienia wątpliwości spełniają warunki kanonu 1095 i wszystkich pozostałych, to powinni zostać z miejsca kanonizowani.

Podsumowanie

Obraz małżeństwa ukazany w Piśmie Świętym drastycznie odbiega od obrazu przyjętego we współczesnej kulturze i prawodawstwie, zarówno cywilnym jak i kościelnym. Według Biblii, małżeństwo to relacja, nie instytucja; relacja inicjowana przez Boga, nie przez ludzi; rzeczywistość duchowa, nie prawno-urzędowa. Te różnice mają kluczowe znaczenie dla całej etyki małżeństwa.

W dzisiejszym postmodernistycznym społeczeństwie, zdominowanym przez relatywizm moralny, Kościół jest ostatnią instytucją, która może jeszcze przypomnieć ten prawdziwy – Boży – obraz małżeństwa, i zatrzymać społeczną degradację małżeństwa i rozpad rodzin. Ale żeby Kościół mógł to zrobić, najpierw musi sam dogłębnie zweryfikować swoją doktrynę, która na przestrzeni ostatnich wieków i dekad oddaliła się bardzo od biblijnego pierwowzoru, przez co “utraciła swój smak” (Mt 5,13) i stała się w oczach społeczeństwa pustym moralizatorstwem, niczym więcej jak tylko kolejną regulacją prawną stworzoną przez ludzi, którą można według uznania przyjąć lub odrzucić.

Kościół musi na nowo ukazać duchową i biblijną – a nie legalistyczną – naturę małżeństwa, oraz kluczową rolę Boga w łączeniu małżonków. Ukazać nie tylko na płaszczyźnie retoryki, ale przede wszystkim na płaszczyźnie praktyki duszpasterskiej i konkretnych regulacji prawa kanonicznego – bo to te sfery dotykają bezpośrednio życia milionów rodzin. Jeśli Kościół dokona takiej krytycznej refleksji, to będzie też mógł na nowo ukazać błogosławieństwo płynące z życia w małżeństwie – to o którym mówi biblijna wizja “jednego ciała”, będącego dla członków-współmałżonków oparciem i źródłem życia.

Jeśli natomiast Kościół będzie trwał przy obecnej doktrynie, ukazującej nie błogosławieństwo, ale przekleństwo Prawa (Gal 3, 10; 1Kor 15, 56) – tego, które wiąże małżonków i ogranicza ich wolę poprzez liczne nakazy i zakazy, ale w sytuacji kryzysu lub rozpadu nie potrafi w żaden sposób pomóc – to odpływ wiernych spowoduje społeczną marginalizację małżeństwa sakramentalnego, a regułą stanie się życie w wolnym związku lub w oparciu o prawo cywilne, gdzie żadne zasady moralne już nie obowiązują. Takie właśnie zjawisko ma miejsce w krajach zachodnich i stopniowo coraz bardziej w Polsce.

Posłowie

We wstępie napisałem, że od 11 lat jestem w małżeństwie sakramentalnym. Nie jest to do końca prawda…

11 lat temu zacząłem żyć w małżeństwiem faktycznym (“jedno ciało”), czyli po prostu w małżeństwie – takim, o jakim mówi Biblia i jakim widzi je Bóg. Wiem bez żadnych wątpliwości, że zostało ono zaaranżowane przez Boga. Małżeństwo to zostało jednak zerwane 6 lat temu przez żonę, która odeszła ode mnie, i która czuje się w swoim postępowaniu usprawiedliwiona przez pro-unieważnieniowe praktyki Kościoła. Zatem od 6 lat w małżeństwie (faktycznym) już nie jestem.

Również 11 lat temu zawarłem małżeństwo cywilne. W ostatnim czasie, na wniosek żony, zostało ono rozwiązane przez rozwód cywilny. Za zdradę, rozbicie rodziny i odłączenie dzieci od ojca, sąd przyznał żonie alimenty i opiekę nad dziećmi.

Nigdy natomiast nie byłem w małżeństwie sakramentalnym – jedynym uznawanym przez Kościół – bo pomimo, że braliśmy ślub kościelny, to ani ja, ani moja żona, nie spełnialiśmy w 100% warunków, o których mówi Kodeks Prawa Kanonicznego, szczególnie kanon 1095 p. 3.

Bibliografia

[1] Orzeczenie nieważności małżeństwa w liczbach, Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego, -http://www.iskk.pl/kosciolnaswiecie/78-malzenstwa.html
[2] Co powiedział papież o rozwodach?, tłum. A. Wuwer, gosc.pl, 31.07.2013, -http://gosc.pl/doc/1647917.Co-powiedzial-papiez-o-rozwodach
[3] A. Sarmiento, Małżeństwo chrześcijańskie. Podręcznik teologii małżeństwa i rodziny, Kraków 2002.
Oraz: P.-M. Gajda, Prawo małżeńskie Kościoła Katolickiego, Tarnów 2000.
[4] A. Sobczak, Sakrament małżeństwa – krótki rys historyczny, Mateusz, -http://mateusz.pl/rodzina/as-malzenstwo.htm (dostęp 29.10.2013).
[5] P.-M. Gajda, op. cit., rozdz. 1.1.
[6] P.-M. Gajda, op. cit., rozdz. 4.
[7] M. Królik, Prawda o małżeństwie w interesie Kościoła, Człowiek-Rodzina-Prawo nr 1/2012, Lublin.
[8] M. Góral, Psychiczna niezdolność do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich, Infor.pl, 2012, -http://www.infor.pl/prawo/rozwody/rozwod-koscielny/304936,Psychiczna-niezdolnosc-do-podjecia-istotnych-obowiazkow-malzenskich.html
[9] Orzeczenie nieważności małżeństwa w liczbach, op. cit.
[10] M. Kołbuc, Orzeczenie nieważności małżeństwa z tytułu przymusu moralnego kan. 1103 KPK 1983, Człowiek-Rodzina-Prawo nr 9/2012, Lublin.
K. Pokorski, Niedojrzałość emocjonalna jako przyczyna nieważności małżeństwa w orzecznictwie sądów kościelnych, Człowiek-Rodzina-Prawo nr 9/2012, Lublin.
R. Kornat, Małżeństwo z przymusu a proces kościelny, Infor.pl, 2011, -http://www.infor.pl/prawo/rozwody/rozwod-koscielny/265819,Malzenstwo-z-przymusu-a-proces-koscielny.html
[11] A. Bolesta, Niezdolność natury psychicznej do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich – przykłady, Infor.pl, 2013, -http://www.infor.pl/prawo/rozwody/rozwod-koscielny/316226,Niezdolnosc-natury-psychicznej-do-podjecia-istotnych-obowiazkow-malzenskich-przyklady.html
[12] R. Kornat, Niezdolność natury psychicznej – „unieważnienie małżeństwa”, Infor.pl, 2011, -http://www.infor.pl/prawo/rozwody/rozwod-koscielny/291713,Niezdolnosc-natury-psychicznej-uniewaznienie-malzenstwa.html
[13] K. Pokorski, op. cit.
[14] W. Góralski, Błąd co do przymiotu osoby (kan. 1097 § 2 Kpk ), brak rozeznania oceniającego (kan. 1095, N. 2) i niezdolność do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich (kan. 1095, N. 3 Kpk ) w świetle wyroku Roty Rzymskiej c. De Angelis z 16 czerwca 2006 roku, Ius Matrimoniale 17 (23) 2012, Warszawa, s. 149.
[15] Ibidem, s. 155.
[16] Ibidem, s. 146.
[17] A. Bolesta, op. cit.
[18] K. Mierzejewski, Pracoholizm jako przyczyna niezdolności do zawarcia małżeństwa, Ius Matrimoniale 16 (22) 2011, Warszawa.
[19] A. Bolesta, Zaburzenia odżywiania przyczyną nieważności małżeństwa kościelnego, Infor.pl, 2013, -http://www.infor.pl/prawo/rozwody/rozwod-koscielny/316225,Zaburzenia-odzywiania-przyczyna-niewaznosci-malzenstwa-koscielnego.html
[20] Kancelaria Kanoniczna Michał Poczmański, Proces kościelny, -http://www.kancelaria-kanoniczna.com/Proces_Koscielny.php (dostęp 30.10.2013).
[21] E. Sitnik, Osobowość homilopatyczna jako przyczyna niezdolności do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich, Człowiek-Rodzina-Prawo nr 6/2012, Lublin.

* * * * *

Artykuł ten jest udostępniony na licencji otwartej CC BY-ND 3.0 PL. Rozpowszechnianie utworów zależnych możliwe po uprzednim uzyskaniu zgody autora. W treści artykułu zostały wykorzystane grafiki Wedding i Divorce autorstwa Luis Prado, CC BY 3.0.

24 responses

  1. Witam, z duzą przyjemnością ‘zapoznalem’ się z tekstem, szczegółowo będę chciał go przeczytać z małżonką. Podziwiam ogrom pracy włożony w tak dogłębne zbadanie tego istotnego tematu. Tekst ma naprawdę duży ładunek wiedzy i dziękuję za to, ale.. Pierwsza myśl jaką muszę się podzielić mając swoje własne – jedynie 5-letnie – doświadczenie małżenskie, ale również doświadczenie osoby wierzącej: nie umiem znaleźć potwierdzenia Pana słów odnośnie “nakazów i zakazów ograniczających wolę małżonków” – nie rozumiem tych słów. Tylko grzech czyni z nas niewolników, gdy jesteśmy napełnienieni Duchem Bożym Prawo przestaje być konieczne. Pisze zresztą o tym pyrztaczany św. Paweł. Jest jeszcze wiele tez, z którymi nie umiem się zgodzić, czym chętnie się z Panem podzielę po uczciwym przeczytaniu tekstu co do litery ! Pozdrawiam

    1. Cześć! Dzięki za komentarz.
      Przeczytaj dokładnie listę “niezdolności”, które dyskwalifikują Cię jako sakramentalnego małżonka. To jest jednocześnie lista nakazów i zakazów, które mówią jak Ty – jako mąż – musisz lub nie możesz postępować w małżeństwie. Jeśli wykroczysz poza te przepisy, bo np.: jesteś egocentryczny, nie masz czasu dla najbliższych, skupiasz się na pracy, masz problem we “wzajemnym wzrastaniu” (cokolwiek to znaczy) itd. itp… to Twoje małżeństwo jest nieważne, a Ty jesteś cudzołożnikiem skazanym na potępienie (cudzołóstwo to wg katechizmu grzech śmiertelny). Lista nakazów i zakazów jest długa, niestety przeciętny katolik w ogóle nie wie, że taka lista istnieje, i dopiero jak – nie daj Boże – przyjdzie kryzys i któreś z małżonków wystąpi do sądu biskupiego, to w jednej chwili dowiesz się wielu ciekawych rzeczy o sobie i swoim małżeństwie.

      1. wITAJ

        Mam konflikt z mezem i nie wiem jak na to patrzec …, chodzi mi , ze rozne osoby doradzaja rozne wyjscia, ale wazne dla mnie jest , co Biblia doradza, nie do konca rozumie te kwestie ….., tez roznie sie interpretuje Slowo Boze wzaleznosci od wyznania….., ja obecnie to zawiesilam religijnosc i nie chce sie zapatrywac na zadne koscioly…., chcialabym miec osad tylko ze Slowa, i czy mam do tego prawo by uznac moje malzenstwo za niewazne przed Bogiem, bo byc moze nie bylismy szczerzy wobec siebie….., byly pobudki egoistyczne … ja bylam w desperacji, chcialam miec dzieci (mialam wtedy 38 lat, wiec nie mialam co odwlekac, skoro moj maz zaoferowal slub, wiec byla okazja by miec szanse na rodzine), on zas chcial miec legalne warunki w Europie )maz jest egipcjaninem z kosciola koptyckiego)i to malzenstwo dawalo mu szanse, wiec oboje mielismy uklad, nie laczyla nas milosc, ale uwazalismy, ze nam sie uda no bo tak religijni, kochajacy Boga , no to jak nie zaufac sobie, ja sie ludzilam, ze Bog nam poblogoslawi i bedziemy sobie bliscy i rozumiejacy sie, chodzi mi , ze jednej mysli,…..
        Tak sie mocno zastanawiam, czy mozna tu cos kombinowac w ogole o niewaznosci, skoro sakrament zaistnial, no ale nie dajemy sobie szczescia, jedynie zadajemy sobie bol, dlaczego , nie wiem…., i czy to ma sens kontynuowac, dla jakiej ideii, przykro patrzec na nasze ubostwo…., nie mowiac o dzieciach, ktore nie maja w nas autorytetu, no bo nie dajemy im wzorca komunikacji dwojga osob, a jedynie obrzucanie sie wina za ten stan zla , w ktorym tkwimi, i tylko dlatego, ze slubowalismy Bogu.
        Chciaabym Cie prosic o definicje malzenstwa, jakie stawiane sa warunki by stwierdzic , ze sakrament zaistnial, i czy jest rozerwalnosc , czy jej nie ma i nalezy zyc w samotnosci, jesli sie nie pogodzimy, bo zbyt duzo nas rozni, mam na mysli nasze charaktery, kulture i wierzenie, bo odkad poszukuje, to wychodzi mi na to, ze nie moge sie dluzej utozsamiac z religia by zblizyc sie do Boga…., ale to innym razem, jesli mozesz odpisz jak najszybciej, bo straszne jest parcie ze wszystkich stron…., a ja sama nie wiem jak mam na to patrzec, szkoda mi dzieci, ktorym powinna byc dana uwaga i opieka, a tak nie ma, bo my sie ciagle placzemy ze soba i nie mozemy wyjsc na prosta, ciagle powtarzajace sie schematy, zamiast cieszyc sie kazdym dniem i isc do przodu, to stoimy i tak sie krecimy , to takie smutne.

      2. Nie ma w Biblii ani przed Bogiem czegoś takiego jak “nieważność małżeństwa”. Jest natomiast mowa o tym, że “głową kobiety jest mężczyzna” i głową żony jest mąż, więc jeśli masz trudności w małżeństwie to rozmawiaj o nich z mężem, a nie ze mną czy innymi osobami postronnymi. Zazwyczaj osoby trzecie – nie znające dokładnie sytuacji małżonków i nie ponoszące żadnej odpowiedzialności za swoje “dobre rady” – wprowadzają jedynie dodatkowy zamęt i wydatnie przyczyniają się do rozbicia małżeństwa, co rzadko kiedy jest dobrym scenariuszem i podejrzewam, że również w Twojej sytuacji byłoby tragedią, zarówno dla Ciebie jak i dla Waszych dzieci.

  2. To co napisałeś utwierdza mnie w moim przekonaniu, że problemem nie jest Prawo, a małżonkowie, a dokładniej brak życia w Duchu Bożym. Zgodnie z tym co napisałes, konsekwencje życia ‘niezgodnie z Prawem’ pojawiają się dopiero, gdy małżenstwo wg. Twojej definicji przestaje istnieć. A kwestie potępienia/zbawienia to równie istotny i ciekawy temat, a kluczem do wszystkiego jest Miłość, z dużej litery jako istota Boga. Bóg nikogo nie potępia, skazać na potępienie można się tylko własnoręcznie. Bez odbioru 😉

    1. Każdy chrześcijanin ma Ducha Bożego w sobie, co nie oznacza automatycznie, że nie popełnia grzechów. Ale rozumiem, że Ty nie popełniasz? 😉

  3. Po tak ambitnym artykule spodziewałem się bardziej merytorycznej wymiany myśli. Pozdrawiam ps. popełniam grzechy ponieważ mieć Ducha Bożego w sobie to niestety jeszcze nie to samo co żyć zgodnie z Nim.

    1. O właśnie. Więc jeżeli Ty też grzeszysz, to i Ty podlegasz pod Prawo, dlatego nie możesz mówić, że problemem nie jest Prawo tylko ci “źli” małżonkowie. Wszyscy są “źli”, Ty też. Gdyby Bóg miał postępować wobec nas tak, jak prawo kanoniczne postępuje wobec małżonków (długa lista zakazów i nakazów, unieważnienie jeśli ich nie spełniasz) – to każdy z nas byłby skazany na potępienie. “Z tego przekleństwa Prawa Chrystus nas wykupił” !!! (Gal 3,13) – dlatego nie jest dobrze, że prawo kanoniczne próbuje nas z powrotem pod to przekleństwo wepchnąć.

  4. W sposób zasadniczy mylisz przyczynę ze skutkiem.

    1. Można konkretniej? jaką przyczynę mylę z jakim skutkiem, i dlaczego tak twierdzisz? Tak jak pisałem w artykule, proszę o merytoryczną dyskusję. Jeśli są zarzuty wobec mnie lub artykułu, to oczekuję argumentów, w innym razie dyskusja nie ma sensu.

  5. Można, i prawdopodobnie nawet trzeba. W spoób oczywisty nie nam zarzutów wobec Ciebie, ponieważ Cię nie znam. Choć Twoje słowa: “Ale rozumiem, że Ty nie popełniasz [grzechów]?” dały mi dużo do myślenia. Rozumiem, że zarzut o zbyt małą merytoryczność moich wypowiedzi bierze się prawdopodobnie z braku odniesień do Pisma, więc postaram się to nadrobić. Choć zdaję sobie sprawę ze swej daleko mniejszej w Nim biegłości:

    – Przyczynę mylisz ze skutkiem, twierdząc uparcie, że Prawo jest ‘przekleństwem’ małżenstwa. Oczywiście zgadzam się, że tak jak w każdej instytucji, także i wsród księży dochodzi do wielu ‘nadużyć’ – m.in. w kwestii orzekania ‘nieważności małżenstwa’. Ale przecież to nie żadne Prawo sprawia, że ludzie nie chcą trwać ze sobą. Przeczysz samemu sobie twierdząc, że małżenstwo to relacja, a nie instytucja, a następnie zrzucając winę na Prawo za rozpad relacji ?! Czy chcesz mi – jako odbiorcy Twojego artykułu – wmówić, że prawdziwie Wierzący wstępując w związek małżeński myśli o orzecznictwie sądów kościelnych jako o ‘wyjściu awaryjnym’ ? Nieee, na pewno musiałem źle zrozumiec;

    – Doskonale wiesz, ze słowa (Gal 3,13) Św. Pawła odnosiły się do prawa mojżeszowego i miały na celu uświadomienie, że zbawienie dokonuje się w Chrystusie, a nie poprzez wypełnianie prawa mojzeszowego. Moim zdaniem nieuprawnione jest Twoje porównanie prawa mojżeszowego z prawem kanonicznym. Jedną z zasadniczych kwestii bycia członkiem Kościoła, którego głową jest Chrystus jest wiara w działanie Ojców Kościoła pod natchnieniem Ducha Św. Ewangelista Jan przytacza słowa Chrystusa z Ostatniej Wieczerzy: “A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem.” (J 14, 26);

    – Stawiasz niejako za wzorzec małżenstwa relację przedstawioną w Ks. Rodzaju. Zadajesz pytania: “Czy ich małżeństwo było aktem prawnym? Czy składali sobie przyrzeczenie? Czy byli rejestrowani w księgach metrykalnych? Czy świadkowie złożyli swoje podpisy na dokumencie?”. Postaram się bez złośliwości – byli jedynymi ludzmi w tym czasie, więc..
    Twoje wnioski ze statystyki, którą przedstawiasz, udowadniające brak ‘instytucjonalności’ małżenstwa w Piśmie Św. są delikatnie mówiąc manipulacją. Może tak rzadkie pojawianie się tego słowa świadczy o braku takiej potrzeby? Pierwsze co przyszło mi na myśl czytając ten fragment Twego artykułu to ks. Tobiasza, stanowiąca znakomite studium relacji rodzinnych – zarówno małżenskich jak i rodzicielskich. Znajdujemy tam m.in. taki obszerny fragment: “Potem zawołał Raguel córkę swoją Sarę, i przyszła do niego. A on ujął jej rękę i oddał ją Tobiaszowi, i rzekł: «Weź ją zgodnie z postanowieniem i wyrokiem zapisanym w księdze [Prawa] Mojżesza, że należy ci ją dać za żonę. Masz ją i zaprowadź ją w zdrowiu do swego ojca. A Bóg niebios niech was obdarzy pokojem!» I zawołał jej matkę, i polecił, aby przyniosła zwój [papirusu] i napisał na nim zaświadczenie o zawartym małżeństwie i to, że daje mu ją za żonę, zgodnie z wyrokiem Prawa Mojżesza. Teraz dopiero zaczęto jeść i pić.” (Tb 7, 13-14)

    W świetle tych kilku mniej lub bardziej udolnie przytoczonych myśli, możnaby przyjąć taką ‘naprędce’ sformułowaną koncepcję:

    Małżenstwo to relacja dwóch osób uświęcona przez Boga nierozerwalnym Sakramentem. W Ks. Rodzaju relacja z Bogiem była bezpośrenia, stąd też brak zaangażowania ‘osób trzecich’. Chrystus ustanawiając urząd kapłana, włożył na jego ręce rolę pośrednika, działającego pod wpływem Ducha Św. I tu garść cytatów w celu autoryzacji funkcji księdza:

    – wspominany wczesniej (J 14, 26)
    – “A Jezus znowu rzekł do nich: «Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam». Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane»” (J 20, 21-23)
    – “Cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16,19)

    .. i wiele innych, w których Chrystus utożsamia się ze swoimi uczniami i w ich decyzjach każe widzieć swoją wolę. Pamiętajmy jednak, iż takie ‘pełnomocnictwa’ wiażą się z olbrzymim zaufaniem do człowieka, ale i odpowiedzialnością. Biada tym księżom, którzy nie działają zgodnie z Duchem Św, dopuszczając się nadużyć czy zgorszenia: “Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza.” (Mt 18, 6).

    I już naprawdę na koniec kilka luźnych uwag:

    – “węzeł małżenski” = “ograniczenie, zniewolenie, podporządkowanie” ? Twoje skojarzenie, które na pewno ma jakąś przyczynę, nie wynika z ‘instytucjonalności’ małżenstwa. A mówienie, że “Pojęcie to wskazuje nie na błogosławiony i Boży charakter małżeństwa, ale na przekleństwo mające towarzyszyć małżeństwu” jest delikatnie mówiąc nadużyciem, którego akceptować nie mam zamiaru

    – Truizmem jest stwierdzenie: “Zatem w oczach Boga to nie akt zaślubin – ani żadna inna prawnie regulowana forma zawarcia związku – jest czynnikiem decydującym o zaistnieniu małżeństwa”. Podobnie można przyjąć Eucharystię w sposób świętokradzki, czy bierzmowanie bez uzyskania darów Ducha Św. Jedynie Chrzest Św. jest niejako ‘narzucony’ dziecku, co nie przeszkadza ‘wyrzec’ się tego Daru w życiu późniejszym. Ale nawet w tym przypadku to rodzice chrzestni biorą na siebie ‘skuteczność’ Sakramentu;

    – i na koniec ostatni fragment, nad którym nie mogę przejść do porządku: “Dzisiaj Kościół mówi podobnie o małżeństwach, na podstawie tradycji i zasad podanych przez ludzi zezwalając na porzucenie współmałżonka, i twierdząc, że jeśli tylko małżeństwo zostało uznane za kanonicznie nieważne, to współmałżonek już nie musi – a nawet nie powinien! – być wierny swojej żonie czy mężowi” – czy Ty sobie kpisz, czy tak na poważnie ? Jeżeli twierdzisz, że Kościół mówi komuś, że nie powinien być komuś wierny, to zaczynam się zastanawiać czy jesteśmy w tej samej Wspólnocie.

    Nie będe dalej analizował Twojego tekstu, ponieważ coraz bardziej emocjonalnie podchodzę do proponowanych przez Ciebie analiz. Przede wszystkim jest on sensie twórczym – tendencyjny, w wielu kwestiach sprzeczny, a czasem wręcz nielogiczny. A ciekawe dla mnie jest to, że tak naprawde nie umiem do końca rostrzygnąć jaki jest jego cel, co dziwnie koresponduje z jego naukowym charakterem.

    1. No nareszcie powiedziałeś to co naprawdę myślisz, a nie jakieś głodne kawałki o “ambitnym artykule” i “przyjemności” jaką Ci on sprawił.

      Zgadzam się z tym, co napisałeś na końcu: coraz bardziej emocjonalnie podchodzisz do tematu. Poruszyłeś tyle wątków, że musiałbym napisać drugi artykuł, żeby na to wszystko odpowiedzieć. Odpowiem na kwestie najistotniejsze:

      – Nigdzie w artykule nie mówiłem o nadużyciach księży w odniesieniu do stwierdzania nieważności. Księża działają w ramach prawa kanonicznego. Prawo jest złe, a nie księża. Mam nadzieję, że przyjdzie kiedyś taki czas, że sami księża zaczną mówić o tym, że prawo zezwalające na unieważnianie małżeństw to pomyłka.

      – Prawo kanoniczne nie doprowadza do rozpadu, ale go sankcjonuje. Rozpad jest czasem winą obydwu małżonków, ale częściej tylko jednego z nich. Jezus mówił, żeby mąż nie porzucał żony, a gdzie indziej, żeby żona nie odchodziła od męża – więc bywa tak, że to tylko jedna strona chce rozwodu. Kościół w takiej sytuacji powinien chronić rodzinę i skrzywdzonego małżonka, przynajmniej przez nazwanie rzeczy po imieniu (rozwód to rozwód), a nie twierdzić po nagłym olśnieniu w sądzie, że “przecież tego małżeństwa nigdy nie było”, choć wcześniej przez 10 albo 20 lat tym samym osobom mówił ustami duszpasterzy, że jak najbardziej są oni w małżeństwie.

      – Mówię o przekleństwie za św. Pawłem. Paweł mówi o Prawie, którego nikt nie jest w stanie wypełnić w 100%, a od którego – wg Starego Testamentu – zależy życie. Analogiczna sytuacja ma miejsce w przypadku katolickiego prawa małżeńskiego: tak naprawdę nikt nie jest w stanie tego prawa wypełnić w 100%, a od niego – wg nauki Kościoła (!) – zależy istnienie (życie) małżeństwa: takiego, jak rozumie je Kościół. Oczywiście, można powiedzieć, że małżeństwo to nie sam zapis w księdze parafialnej, tylko faktyczna relacja – i to właśnie mówię w artykule – ale takie postawienie sprawy jest sprzeczne z nauką Kościoła. Czyli masz wybór: albo wierzysz w nierealne wymagania prawa kanonicznego i idziesz się od razu powiesić, bo przecież Twoje małżeństwo jest najprawdopodobniej nieważne kanonicznie; albo olewasz naukę Kościoła (większość katolików w ogóle jej nie zna) i żyjesz po swojemu, tylko na koniec żona wytacza Ci proces, Kościół unieważnia Twoje małżeństwo i wtedy budzisz się z ręką w nocniku, zdziwiony, bo Ty nigdy o takich rzeczach nie wiedziałeś. Wierzę w to, że masz super uczciwą żonę, która nigdy od Ciebie nie odejdzie i nawet jej to przez myśl nie przejdzie, ale wierz mi, że nie każdy katolik jest takim szczęściarzem. Amen.

  6. Nadal uważam ze artykuł jest ambitny, a jego przeczytanie sprawiło mi przyjemność. Emocje to nic złego, wręcz przeciwnie dzisiaj, gdy jedną z bolączek Świata jest zobojętnienie na wiele spraw.

    Moje wypowiedzi tutaj nie mają na celu polemiki z Tobą osobiście. Po prostu poczułem się w obowiązku przedstawić inny punkt widzenia. Każdy z nas ‘odchodzi’ stąd obstając przy swoim zdaniu, ale ktoś kto to przeczyta może będzie miał bardziej obiektywny obraz tematu. Myślę, że taki cel został osiągnięty więc chyba nie ma sensu dalsza dyskusja (choć palce mnie świerzbią;)). Pozdrawiam Cie i życzę jak najlepiej !

    PS. Chciałem uczynić jeszcze jedną moim zdaniem ważną uwagę, niekoniecznie skierowaną do Ciebie, ale do ewentualnych czytelników. Wielokrotnie użyte słowo “Kościół” prawdopodobnie jest skrótem myślowym, odnoszącym się do “Duchowieństwa”. Jednakże cytując za Waldemarem Rakoczym CM (“Wiara Chrześcijańska; trudne pytania proste odpowiedzi”):

    “Kościół jest zwołaniem ludzi w Chrystusie we wspólnotę ludu Bożego. Kościół to Chrystus i Lud Boży zjednoczony z Nim. Rozumienie Kościoła jako samego Ludu Bożego, a co gorsza utożsamianie go z duchowieństwem, jest wypaczeniem jego natury. Kościół jest ciałem Chrystusa”.

  7. […] translation, with updates, of my article “Małżeństwo według Biblii” published by a major Catholic news portal in Poland, Jesuits’ deon.pl, and earlier here on […]

  8. Marek Kurkierewicz | Reply

    Bardzo ciekawy artykuł, szczególnie pod względem przedstawienia historii ewolucji koncepcji małżeństwa w chrześcijaństwie. A więc plus z historycznego punktu widzenia. Gorzej z egzegezą biblijną; widać, że autorowi brak podstawowych narzędzi w tej dziedzinie. Nie to jednak razi najbardziej, ale używanie cytatów biblijnych, które nie mają związku z poruszanymi w tekście wątkami. Aby się tego ustrzec nie trzeba mieć przygotowania egzegetycznego; wystarczy nie ulegać chęci przywalenia adwersarzom przy pomocy Biblii. Nie wszystkie trafne konkluzje dotyczące chrześcijańskiej etyki muszą być “poparte” biblijnymi odnośnikami. Biblia nie jest “popieraczem”. Na koniec uwaga odnośnie roli prawa rzymskiego: prawo mojżeszowe nie było wolne od wpływu praw innych ludów i państw z którymi Izrael miał styczność. Lud Boży nigdy nie żył w próżni. Idea zobowiązania i zgody obecna w prawie rzymskim z jednej strony wniosła formalny aspekt do małżeństwa, z drugiej jednak likwidowała przymus i handel małżeństwem jaki stosowano w wielu kulturach. Był to korzystne szczególnie dla kobiet. Zgadzam się jednak z wnioskami autora, że nadmierne akcentowanie tych aspektów zagubiło aspekt relacyjności w małżeństwie. – Marek Kurkierewicz

    1. Dziękuję za komentarz. W żadnym miejscu nie było moją intencją “przywalić” komukolwiek, ale w sposób czytelny zwrócić uwagę na problem, który ma bardzo poważne konsekwencje w życiu wielu chrześcijan. Najmocniejsze słowa pochodzą od samego Jezusa: On zawsze nazywał rzeczy po imieniu, bez prób przypodobania się komukolwiek i bez pseudo-intelektualnego “dzielenia włosa na czworo”. Wielu Jego słuchaczy odchodziło zgorszonymi, gdy nazywał ich np. “grobami pobielanymi” czy “plemieniem żmijowym” – to z tego między innymi powodu postanowili Go zabić. Nie sądzę, żeby Jezus, używając takich sformułowań, chciał przywalić komukolwiek. Raczej po prostu w pewnych sytuacjach nie da się mówić inaczej o sprawach wiary.

  9. Przepraszam mam pytanie czy Pana artykuł jest może także po angielsku? Bo chciałabym wysłać tekst mojemu przyszłemu mężowi który jest muzułmaninem. Bo tezy są inteligentne a my byśmy chcieli funkcjonować w związku naprzekòr przyjętym normom obojętnie jakiego prawa. Bo dzieli nas kultura religie kilometry sprawy bytowe, narodowe.Więc chciałabym aby on spojrzał trochę na małżeństwo z pańskiej perspektywy. Chociaż może nie jest to takie konieczne bo jak on sam twierdz jeśli mamy ze sobą być to będziemy i będzie szczęśliwy jeśli kiedykolwiek będziemy mieli okazję ze sobą być.

  10. Co z tym wiekiem do zawarcia małżeństwa – dlaczego on jest nie równy? Dlaczego istnieje ageizm?
    Kościół Katolicki zmieniał 2 razy i zastosował nierówność, która jest aspektem dyskryminacyjnym!
    Jestem w stanie obalić mit i stwierdzić, że jest to czysty aspekt dyskryminacji, który rzutuje na problem społecznej akceptacji w związkach i ludzi, którzy się sugerują wiekiem i oceniają człowieka po wieku ageizm!

    Dlaczego zmusza się w związkach mieszanych, aby jedna ze stron przyrzekła “nieprawdę” co do wychowania po katolicku dzieci, a partnera, żeby nie wtrącał się w wychowanie dziecka! To jest cholerny absurd! Po co mam przyrzekać, jeśli jest to kłamstwem!
    Nikt nie będzie odsuwał swojego współmałżonka, żeby nie wychowywał dziecka! TO JEST ALIENACJA DZIECKA CO POWINNO BYĆ ZAKAZANE!
    A Biskupi, księża “umawiają ręce”!
    Więc czym jest do choroby EKUMENIZM?
    JEŚLI TAK SIĘ TRAKTUJE ZWIĄZKI I MAŁŻEŃSTWA MIESZANE!

    PRAWO KANONICZNE JEST PEŁNE ABSURDU I STEREOTYPÓW, KTÓRE DYSKRYMINUJĄ CZŁOWIEKA!
    CZY BÓG DYSKRYMINUJE NAS?
    NASZ WIEK DO MAŁŻEŃSTWA?
    NASZE RELACJE Z OSOBAMI WYZNAJĄCYMI INNĄ WIARĘ, LUB NIEWIERZĄCYMI!

    Proszę odpowiedzieć..

    1. Chodzi o minimalny wiek wymagany do zawarcia małżeństwa – że jest inny dla kobiet niż dla mężczyzn, tak? To jest kwestia uznaniowa, nie znam żadnych argumentów biblijnych, które by uzasadniały stosowanie tego rodzaju kryteriów i rozróżnień, więc niewątpliwie jest to element kościelnego legalizmu w podejściu do małżeństw.

      Natomiast co do małżeństw mieszanych, to z jednej strony oczekiwanie Kościoła, że dzieci będą wychowywane w wierze katolickiej, jest jak najbardziej uzasadnione i ma podstawy w Starym Testamencie, gdzie wielokrotnie Bóg zabraniał Żydom zawierania małżeństw mieszanych (np. Pwt 7,3-4), bo prowadzą one całą wspólnotę do odstępstwa od wiary i do nawrotu pogaństwa (w tę pułapkę wpadł np. król Salomon, 1Krl 11), nakazywał też przekazywać wiarę kolejnym pokoleniom (Pwt 6,7) – więc każda denominacja chrześcijańska ma prawo obligować swoich wiernych do przekazywania wiary dzieciom, również w małżeństwie mieszanym i niezależnie od wysiłków na rzecz ekumenizmu. Z drugiej strony, złożenie takiej przysięgi nie powinno być warunkiem uznania małżeństwa za ważne, bo małżeństwo zostało stworzone przez Boga i Kościół nie ma prawa definiować na nowo, po swojemu, co małżeństwem jest, a co nie, mówiąc np. że bez złożenia przysięgi lojalnościowej małżeństwo nie istnieje. Poza tym, Jezus zakazał w ogóle składania wszelkich przysiąg, bo nikt z nas nie jest w stanie wypełnić własnymi siłami jakiejkolwiek przysięgi (Mt 5,34-36), więc tym bardziej składanie przysięgi lojalnościowej nie powinno być wymagane do uznania małżeństwa za ważne. To wszystko nie zwalnia jednak współmałżonka z obowiązku przekazania wiary, który to obowiązek wynika przede wszystkim z nakazów Biblii, a dopiero w drugiej kolejności z takiej czy innej przysięgi. Jeżeli obydwoje rodzice są chrześcijanami, ale różnych wyznań, to myślę, że każde z nich – idąc za nakazem biblijnym – powinno starać się przekazać swoją wiarę, ale dla dobra rodziny decydującą rolę powinien mieć ojciec, jako głowa rodziny (Ef 5,22-23) i jako ten, którego głową jest Chrystus (1Kor 11,3).

      Co do “dyskryminacji”: to jest pojęcie zupełnie niebiblijne, a nawet sprzeczne z duchem Pisma Świętego. Biblia nie mówi o “niedyskryminacji” tylko o sprawiedliwości Bożej. Bóg kocha każdego człowieka tak samo i jest sprawiedliwy wobec każdego z nas, ale jednocześnie każdego stworzył inaczej i nie ma 2 takich samych osób, więc niejako z definicji różnimy się między sobą, jeden jest wysoki, drugi niski, jeden młody, drugi stary itd… i to co dobre i sprawiedliwe dla jednego, nie musi być takie dla drugiego! Więc niedyskryminacja wcale nie jest tożsama ze sprawiedliwością – wręcz przeciwnie, najczęściej pod tym hasłem kryje się arogancja wobec ludzi i próba równania wszystkich w dół do jednego wzorca poprzez zakłamywanie naszej natury (bo z natury jesteśmy różni), a w najlepszym wypadku próba budowania raju na ziemi, czyli historia wieży Babel powtarzana w kółko i w kółko od nowa. Tak jak raju na ziemi nie ma i nie będzie, tak samo “równości” i “niedyskryminacji” nie będzie nigdy, więc walczmy raczej o sprawiedliwość Bożą, a frazesy o dyskryminacji zostawmy politykom.

  11. “W wyniku tej niekonsekwencji doktrynalnej, Kościół jest postrzegany jak faryzeusze w czasach Jezusa”. Stety lub niestety w zbyt wielu kwestiach działania kościoła kat. i nauka katolicka sprzyjają celom szatana. Papież Franciszek (“ojciec święty”;) próbuje coś zmieniać, nawołuje do ubóstwa, lub przynajmniej piętnuje umiłowanie bogactwa, ale to za mało. Przypomina to lakierowanie auta wymagającego wymiany nadwozia zżartego przez korozję. Jedyna reforma jaką mógłby z sensem podjąć to rozwiązanie instytucji kościoła kat i powrót do nauki zawartej w Biblii. Nie wydaje się jednak, by było to możliwe, więc koniec tej fałszywej religii jest nieunikniony. Dla mnie słowa głoszone z ambon nie stanowią już żadnej wskazówki moralnej, bo głoszą je ludzie, którzy zmienili na swoje potrzeby nawet 10 przykazań Bożych (można o tym czytać nawet w wikipedii),a przecież ” A jeżeli ktoś ujmie coś ze słów tej księgi proroctwa, ujmie Bóg z działu jego z drzewa żywota i ze świętego miasta, opisanych w tej księdze”(Obj. 22.18-19). Wielkie kasyna jak Jasna Góra , dające klerowi rzekę pieniędzy z kultu obrazków nie miałyby wówczas przecież racji bytu..

    1. Kościół Katolicki jest Kościołem Chrystusa i to Chrystus będzie go rozwiązywał jeśli tak Mu się spodoba, nie Ty, z całym szacunkiem. Póki co, Kościół Katolicki istnieje i kilku miliardom ludzi na świecie daje szansę poznania Jezusa. Nawet jeśli nie każdy z tej szansy korzysta – bo niektórzy być może zatrzymują się na powierzchownej religijności, nie dochodząc nigdy do żywej relacji z miłującym Bogiem, co zdarza się w każdym Kościele, nie tylko katolickim – to jednak jest wielu takich, którzy dzięki Kościołowi otrzymali prawdziwą wiarę. Oni byliby niewierzący i niezbawieni gdyby nie Kościół.

      Ja sam narodziłem się na nowo w Kościele Katolickim i jestem zbawiony poprzez wiarę otrzymaną w Kościele Katolickim. Dlatego w moim artykule piszę o tym, co zrobić, żeby Kościół był bliżej Jezusa, a nie o tym, jak Kościół rozwiązać, aby rzekomo wrócić do Biblii. Zresztą gdybyś się chwilę zastanowił nad swoją propozycją, to szybko byś zauważył, że jest ona całkowicie pozbawiona sensu logicznego: jeśli rozwiążesz Kościół, to kto jeszcze będzie miał wracać do tej Biblii? koło gospodyń wiejskich? czytelnicy Faktów i Mitów? … Jeśli ktoś jest chory czy w inny sposób niedomaga, to sztuką jest go wyleczyć, a nie uśmiercić. A czy i które działania Kościoła sprzyjają celom szatana, tego nie wiem i nie o tym pisałem w artykule, ale jeżeli już koniecznie chcesz tropić sprzymierzeńców szatana, to w pierwszej kolejności popatrz na siebie, bo niestety każdy z nas jest grzesznikiem – o tym między innymi mówi od początku do końca cała Biblia. I znacznie bardziej produktywne jest tropienie własnych grzechów, niż cudzych – co Jezus w Ewangelii przypomina wielokrotnie (pozwól, że nie będę przytaczał cytatów, na pewno potrafisz sam znaleźć).

  12. Kilka dni temu pojawiła się ciekawa wypowiedź papieża Franciszka na temat małżeństw. Przemawiając na kongresie duszpasterskim diecezji rzymskiej, papież wyraził opinię, jakoby ślub kościelny nie był niezbędny do powstania prawdziwego małżeństwa, obdarzonego łaską właściwą małżeństwom:

    “powiem wam, że w tych konkubinatach widziałem dużo wierności. I jestem przekonany, że jest to prawdziwe małżeństwo. Mają one łaskę właściwą małżeństwu, właśnie ze względu na zachowywaną wierność”

    Te słowa papieża potwierdzają tezę przedstawioną przeze mnie w artykule, że to fakt wspólnego trwałego pożycia tworzy małżeństwo, a nie ślub kościelny – który owszem jest dla przyszłego małżeństwa rzeczą wartościową, ale nie konstytutywną.

    Papież przypomniał również, że nieważność małżeństw sakramentalnych jest zjawiskiem powszechnym, o czym mówił już 3 lata temu i o czym wspominam w artykule.

    Szczegóły w relacji prasowej:
    http://gosc.pl/doc/3240230.Wiekszosc-malzenstw-sakramentalnych-jest-niewazna

  13. A co odnoscie siadomosci gdyby tak to dzialalo z tym slubem jak jest w tym artykule. Czy jest cos w biblii o tym? Choc chyba Jezus nie wymagal od nawróconych pogan by porzucali swe partnerki i szukali swych pierwszych dziewczyn..

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: